HOME   NOWOŚCI   BIOGRAM   RZEŹBA   ODLEWY   WIERSZE   PERFORMANCE @MAIL

 

"TWARZE"

 

1.

Nos wystaje z twarzy

Trumna z płytko wykopanego grobu

Usta glisty pełzną do garnka

Oczy obręczami tuszu w

Sinej ramie stłuczone

Szkiełka

Szczurzy wąsik drga w takt

Błazeńskiego werbla

Kaleki dobosz

Wybija wrogi rytm

 2.

Tłusta krosta

Rozsiadła się kura

Na grzędzie brody

Krwawi anus twarzy

Przemówienie rozklejone

Mównica chyboczę się

Sztandar narodu

Na nawietrznej

Historii

 3.

Nie gojąca się plamka

Całonocny wykwit

Czoło w bruzdach

Orane bykami

Partyjnej korridy

 4.

Wiecznie zmarszczone czoło

Czerwone taplają się

W karcie win usta

Przez zęby wypełzają

Półsłówka

Chwyta je

Naostrzona ogniskowa

 5.

Cuchnie bogiem

Partyjna jamka

Implanty palladyny

Szparki wypustki mózgowe

Przymglone szybkami

Soczewek

Zezują w debacie

Jezusa Chrystusa psubracie

 6.

Neokatechemunalne spojrzenie

Oczodół wir Styksu

Małe ołowiane trumny

Zakotwiczone

W ślepej plamce

 7.

Subito Santo Nikolaus

W białej brodzie

Strzykawki

Zamiast zabawek

Dla czarnego bobaska

 

* * *

 

"SPŁACANIE TRYBUTU ŻYWIOŁOM"

 

W Czasie Kultury 2/2010 "Apostazja" ukazała się recenzja - Spłacanie trybutu żywiołom ... O odkupionych wierszach z tomu "Pieśni solarne" Kamila Sipowicza

 

Okładka numeru

 

Zapowiedź kolejnego numeru

 
 

"MIŁOŚĆ"

 

 

"WOLNOŚĆ"

 

 

"POKÓJ"

 

 

"BUNT"

 

 

"ODLOT"

 

 

"MEDYTACJA"

 

 
 

Polskie Dzieci Kwiaty

 

Polskie Dzieci Kwiaty to kolekcja 6 książek z płytami CD z muzyką Czesława Niemena, Marka Grechuty, Tadeusza Woźniaka, Breakoutów, Skaldów, Niebiesko - Czarnych, Maanamu i wielu innych ... w kioskach już od 24 maja br. w każdy poniedziałek.

 

 

* * *

 

 
 

Wiersze Kamila Sipowicza w czeskim tłumaczeniu

 

"JAZYK ZEN"

 

Ve fonémech, hláskách, úlomcích řeči

hýl s červeným břichem vytlouká zobákem

štěrbinu z které teče plodné světlo.

Cítíš ho na języku, tanec koruny stvoření.

 

Kocour drápem vydrapuje v křišťále jazyka

signaturu šelmy a ty chceš špičkou jazyka

prorazit na druhou stranu mužského nebe.

 

Ale to je tvůj kruh, tvůj mírný terorismus -

rozpáraná hadrová panenka, kašpárek

co umírá na tuberu, dětský sporáček

samozřejmě rozbitý.

 

***

 

"NECROMANCE"

 

Říkáš že život tě trhá  

Bomba vložená mezi platinové zuby

 

Tikající hodiny s ochrnutou kukačkou 

Bomba tě chce zlomit

 

Neví že ses už zlomený narodil

Každý den je jak osikový šindel

 

Věříš že střecha podepřena 

řeckými sloupy

sepne šindele v iluzorní celek 

 

Slyšíš  trpaslíky s malými lopatičkami

jak počítají písek ve tvé hlavě

 

Každou sekundu nacpou 

do miniaturní stříbrné rakve

a hodí ji do chladné díry 

 

Hádáš se o své místo 

ve frontě na smrt

 

/tłumaczenie: Kapsyda Kobro/

 

* * *

 

"Twórczość" o "Pieśniach Solarnych"

 

Recenzja "Pieśni Solarnych" autorstwa Grzegorza Kociuby w miesięczniku "Twórczość" 8/2009: Światło, Artyści, Berlin

        

 

* * *

 

'WIELOKĄTY' w Roxy  FM

 

Kora i Kamil Sipowicz w każdą niedzielę na antenie Roxy FM poprowadzą program 'Wielokąty' w godz. 13.00 - 15.00.

 

* * *

 

WIDZENIE KRZYSZTOFA PŁONKI

 

Widzenie pojawiło

się szybko

czas skurczył się

do nanosekundy…

modlitwa raz wypowiedziana

wyzwoliła ogień natychmiast

 

Nie zamierzałem wejść w  świat,

Jedynie posmakować, musnąć,

przed prawdziwym spotkaniem

Zielony ogień 

Wyczulił zmysły

 

Wypuściłem małą płonkę z płuc,

Znikała w powietrzu

Lustro odbijało ją

Przemieniając w obcego, 

W którego wpatrywałem się

 przerażonym wzrokiem

 

Wybiegłem z pokoju

nie wiem kim jestem

kim jest inny

kim jest obcy

 

Przejście zostało otworzone

uczucie, które było we mnie od zawsze 

ukryte głęboko

zakryte starym strachem

 

Traciłem kontrole nad ciałem

Gumowa szczęka

Gumowa czeluść

martwy opadający

kostium

szamotanina

kontrolować ruch !

 

Cień

ciemna istota

ukryta w kącie wszechświata

krzyczała moje imię
Krzysztof Płonka !

Okrzyk mocny

pewny siebie

komenda wojskowa,

(ironiczna)

 

Ogarnęła mnie trwoga,

Wszedłem w świat czystych energii,

To był antrakt w teatrze

teatr to życie,

wyszedłem z niego 

do prawdziwej rzeczywistości

gdzie nie ma już szansy na śmierć

była tu cały czas

jak mogłem o niej zapomnieć?

 

jestem z powrotem

w swoim pokoju

kulisy

dom lalek

wszystko naiwnie sklecone 

zbudowane z patyczków

papierowych parawanów

przedmioty są tak prostacko przydatne

prymitywne jak zabawki noworodka, 

Oglądam domek

Klatkę dla człowieka

małe przytulne terrarium

gdzie każdy może poczuć się dobrze

 

Przebudzenie: 

jestem wzorem na energię

wylęgarnią różniczek

rozciągniętym odlewem

z woskowej formy

pitagorejskim interwałem

  

w wielowymiarowej

genetycznej kuli

ukrzyżowany

na molekularnej platformie

 

 istnieję bez końca i początku

zmieniając  formy

wnikając w niezliczone

wzorce

wytopione

w piecu

wyobraźni

  

tętniące 

rzeczy powstają

znikają

pulsująca

energia,

wszystko posiada

swojego wewnętrznego

Ducha 

 

 drzewo

kolorowe złoto

czerwono żółte liście

ułożone z matematyczną

precyzja i finezją

ciało drzewa

jest w nim dusza

ktoś gra rolę drzewa,

bestiarium energetycznych form

ślizga się sie po płaszczyźnie czasu

 

Zasłona opadła

widzę wszystko takim

jakim jest

  

Krzysztofie Płonko, 

(rozkaz słyszany wewnątrz) 

rozepnij energetyczny suwak

na plecach

wyjdź z kostiumu ! 

 

ciemna istota

wyciąga mnie z ciała

chce wyrwać z przytulnego domu

skafandra kosmicznego

bariery

ochrony przed szalonym oceanem światów 

nieokiełznanych energii

chaosu który chce mną zawładnąć .

 

Ciemna istota

żąda

zapieram się

każdym atomem 

obecnej  formy

 

Być świadomą istotą 

z miliardów możliwych kombinacji

wygrana w totolotka

nie chcę stracić szansy

wtopić się w ścianę

być kamieniem

drzewem

budynkiem

chmurą

 

być człowiekiem to święto

nieograniczony świat energii

przyciąga mnie

każda rzecz

jest jak magnes

czuję się rozciągany

formy rywalizują

o mnie

 

Najmocniej przyciąga mnie

ciemna wirująca chmura

wiszącą w rogu mieszkania

czaiła się się tam od początku świata

czekała na okazje

by zastąpić mnie,

dubler

dubleton

przejąć moją rolę:

jeden za drugiego

 

Wyrywam sie desperacko

wracam do ciała

stapiam się z nim

energia napełnia

kostium życiem

ponownie jestem w środku!,

 

Rozerwana przestrzeń

setki wymiarów płaszczyzn

zwijają się

chowają we

własne fałdy

ornamenty 

fale

molekuły

strumienie spirali energii

wycofują się do przedmiotów

zasłony ponownie zostają opuszczone 

 

Wszystko się kurczy

zaciska w regularnej 

przestrzeni trzech wymiarów

płaszczyzny przesuwają się 

potoki zdarzeń ponownie

zasypiają w formach

rzeczy .

Kurtyna opada coraz bardziej

zatrzymany czas rusza 

 

używam nóg i rąk 

znowu podłączony do mózgu !

przepływają informacje

o otaczającym świecie

obecnej pozycji społecznej

mam rodzinę !,

wspaniałe!

cele,

zadania,

co za szczęście

znowu mogę odgrywać swoją role

w teatrze życia

 

kosmonauta powrócił na ziemie

już nic nie jest takie same

Paper mache

Plastelina

Glinka

Pozłotka,

śmieszne bloki w paski,

tam mieszkają,

Inni też  bawią się się w ludzi, 

 

zmiażdżony na zawsze

 

* * *

 

Lato w mieście: "Artyści Reartgallery.com i goście"

 

Serdecznie zapraszamy

 

* * *

 

"PIEŚNI SOLARNE" w przekładzie białoruskim

 

Wybrane fragmenty "Pieśni Solarnych" w białoruskim przekładzie.

Tłumaczyła: Mira Łuksza

 

 

zobacz:

 

 

Mira Łuksza:

http://roxy.tuba.fm/Ramowka/

 

* * *

 

SPOTKANIE Z KAMILEM SIPOWICZEM i JERZYM J. FĄFARĄ

 

W piątek, 5 czerwca o godz. 20.00 Czuły Barbarzyńca oraz Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu zapraszają na spotkanie z Kamilem Sipowiczem i Jerzym J. Fąfarą.

 

Spotkanie poprowadzi: Jacek Napiórkowski

 

"Pieśni solarne" najnowszy zbiór wierszy Kamila Sipowicza. Zwłaszcza w pierwszej części tej książki odkrył Kamil Sipowicz rąbek tajemnicy ruchliwej, wieloznacznej, trudnej do uchwycenia, wymykającej się z rąk rzeczywistości. Los świata, zdaje się mówić autor, budowany jest w takim samym stopniu poprzez realizację Planu Stworzenia co przez nasze własne powołania i kreacje. (z posłowia Jacka Napiórkowskiego).

 

Jerzy Janusz Fąfara jest autorem książki: "18 – znaczy życie. Rzecz o Józefie Szajnie". Publikacja ta jest literacką biografią, przedstawiającą niezwyczajne losy oraz talent jednego z najwybitniejszych twórców awangardowych na świecie. To opowieść o młodzieńcu (Józefie Szajnie) i jego przyjaciołach, którzy przeżyli czasy obozu w Oświęcimiu. Autor ukazuje, jak historia kształtowała osobowość tego niezwykłego człowieka. Rozgrywa się tutaj ciekawy spektakl, w którym czytelnik czuje się widzem, a zarazem obserwuje rozgrywające się wydarzenia z pozycji naocznego świadka, obserwatora.

 

* * *

 

"WOKÓŁ KSIĄŻKI ' HIPISI W PRL-u"

 

25 maja (poniedziałek) o godz. 18.30 księgarnia "Mała Litera" (Łódź, ul. Nawrot 7) zaprasza na  spotkanie z Kamilem Sipowiczem w ramach  cyklu: Społeczeństwo spektaklu. Konstetacje. Spotkanie poprowadzi Jerzy Jarniewicz. Wstęp wolny.

 

    

                                                                                            więcej:

* * *

 

WIECZÓR POEZJI KAMILA SIPOWICZA

 

21 maja o godz. 21.30 w ramach audycji "Czwartki Poetyckie" Program Drugi Polskiego Radia zaprasza na wieczór poezji Kamila Sipowicza. Czyta: Andrzej Chyra. 

 

      

 

* * *

 

XIII BIENALE SZTUKI MEDIÓW

 

Zapraszamy do obejrzenia fragmentu filmu : CANTI SOLARI

 

6 maja KORA wraz MARCINEM KRZYŻANOWSKIM wystąpi we Wrocławiu w klubie X0 (miejsce jeszcze może się zmienić) z audiowizualnym dziełem pt. CANTI SOLARI. Poniżej opis i wyjaśnienie:

 

CANTI SOLARI – ver. iluminati

[wirtualne duety na animowaną wokalistkę i wiolonczelę elektryczną]

 

 1. Prologo – adagio sostenuto

2. Intermezzo secondum Kamilo

3. Allegro

4. Intermezzo secundum Dante

5. Largo pazziozo

6. Intermezzo secundum Kamilo

7. Presto

8. Intermezzo secundum Dante

9. Finale – pomposo

 

W częściach „intermezzo” wykorzystano fragmenty poezji Kamila Sipowicza z poematu ”Pieśni solarne” oraz fragmenty „Boskiej Komedii” Dante Alghieri’ego.

 

Canti Solari – ver. iluminati

 

- jest utworem nawiązującym w koncepcji budowy muzycznej do idei techniki kompozycji popularnej w renesansie i początkach baroku zwanej kontrapunktem. Bazą utworu jest cantus firmus - głos podstawowy wyznaczający zasadę budowania relacji pomiędzy głosami.

Cantus firmus w tym przypadku to wcześniej przygotowany głos partii wokalnej nagrany przez Korę. Partia wiolonczeli jest oparta na zapisie diagramowym i w części improwizowana.

- idea duetu wyraża się poprzez zestawieni ze sobą kilku płaszczyzn współbrzmienia-współistnienia:

 

1. partii wokalnej z partią wiolonczeli

2. partii dwóch nakładających się na siebie „na żywo” ścieżek wizualnych :

animacja i przekształcenia

3. wykorzystania w formie jakby dialogu fragmentów poezji Dante Alghieri’ego i Kamila Sipowicza

4. zestawienia i współistnienia we wspólnej kreacji:

świata realnego dziejącego się „na żywo” tu i teraz i przeszłego istniejącego tylko

w przekazie, zapisie z przeszłości.

 

Partie wokalne zostały wyimprowizowane przez Korę i przekomponowane w formie niezmiennego cantus firmus przez Marcina Krzyżanowskiego, który jest autorem koncepcji muzycznej całości.

Partie wizualne zostały zrealizowane i są przetwarzane przez Jakuba Lecha.

Koncepcja współistnienia wirtualnej wokalistki z realnym wiolonczelistą została ujawniona przez Korę.

 

* * *

 

Zaproszenie na wieczór poetycki

 

Zapraszam do Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie w dniu 17 kwietnia, tj piątek o godz 19 na wieczór poetycki.

W programie prezentacja fragmentów nowego numeru pisma w interpretacji autorów i aktorów z teatru, a także goście specjalni:

Prawdopodobnie Krystyna Rodowska- świetna pisarka i tłumaczka z Warszawy z blokiem poezji meksykańskiej

Kamil Sipowicz- autor tomu 'Pieśni Solarne' wydanego niedawno przez NOP, ostatnio też 'Hippisi w PRL-u', prywatnie męża Kory

Romana Misiewicza- poety z Nopu ze świetnym nowym tomem Camera Obscura

Darka Pado- poety z NOP z nową książką Ijar- jeszcze ciepła

 

Zapraszamy też waszych przyjaciół, którzy lubią literaturę i poezję, miejsca w pięknej Galerii Szajny wystarczy dla wszystkich. 

Jacek Napiórkowski

 

* * *

 

'PIEŚNI SOLARNE'

 

Nowy tomik poezji Kamila Sipowicza, zatytułowany 'PIEŚNI SOLARNE' dołączony do lutowego numeru 'Nowej okolicy poetów'.

Recenzja z Rzeczpospolitej, 7-8.03.2009 - kliknij

 

 

* * *

 

 

* * *

 

'Hipisi z PRL-u zapraszają do 'Czułego Barbarzyńcy'

 

15.12 o godz. 20.00 księgarnia i klub 'Czuły Barbarzyńca' oraz wydawnictwo Baobab zapraszają na spotkanie z Kamilem Sipowiczem, autorem książki 'Hipisi w PRL-u'.  Spotkanie poprowadzi Tomasz Brzozowski. Książka ta, a właściwie bogato ilustrowany zdjęciami  materiałami prasowymi z lat 60-tych album spotkała się z wielkim zainteresowaniem czytelników i mediów. Wypełniła ona lukę w nowożytnej historii Polski wzbogacając ją o prezentacje polskiego ruchu hipisowskiego.


Tak o książce pisała prasa:
„Książka Sipowicza to osobista elegia dla hipisów, ofiar i bohaterów tamtych czasów, skomponowana przez kogoś, kto w tym ruchu sam uczestniczył. Z drugiej strony to okazja do pytań: gdzie dzisiaj są tamci ludzie i co zostało z ruchu, który tworzyli?” -  Jerzy Jarniewicz, Gazeta Wyborcza 14 X 2008

„Mimo naukowego sztafażu Kamilowego dzieła, pomimo intelektualnej podbudowy w
postaci utopii Marcusego, poezji Ginsberga i prozy Kerouaca pozostaje ta książka przede wszystkim bardzo osobistym spojrzeniem autora na czas i ludzi, których zna, rozumie, choć niekoniecznie akceptuje. Może dlatego wyczulony jest na zbyt daleko idące dystansowanie się pewnych osób od tego, kim byli.”  - Krzysztof Masłoń, Rzeczpospolita, 18-19 października 2008

„Hipisi w PRL-u to rzadko u nas spotykana diagnoza społeczna pokazująca kulturowy wymiar kontestacji policyjnego państwa przełomu lat 60. I 70. Zaangażowanie po stronie opozycji demokratycznej tym razem może się usytuować poza matrycą narodowo-polityczną. Dla autora opór wobec socjalistycznej stabilizacji, nawet przybierający formy eskapizmu, był „rozproszoną rewolucją” o potężnej sile rażenia.” - Kazimiera Szczuka, Wysokie Obcasy, 25 października 2008


W czasie wieczoru odbędzie się pokaz zdjęć hipisów.

 

* * *

 

Grudniowe spotkania z Kamilem Sipowiczem

 

02.12 - Polskie Radio, 'Zapraszamy do Trójki', godz. 21.00

10.12 - Poleski Dom Kultury - dyskusja nt kontrkultury

13.12 - Warszawa, 'Coffee Karma', Plac Zbawiciela 3/5  godz.20.00 - wystawa prac Kamila Sipowicza 'Popraw swoją karmę w Karmie - kup mandalę'. Cały dochód zostanie przekazany na rzecz pomocy Jackowi Malickiemu.

15.12 - Warszawa, 'Czuły Barbarzyńca', godz. 20.00 - 'Hipisi w PRL-u'.

 

* * *

 

'Zmiany płci starsze niż świat'

Transwestytyzm, transseksualizm i transgenderyzm to zjawiska, których rodowód jest starszy niż nasza europejska cywilizacja. Występowały one na obszarach wielkich równin azjatyckich. Na terenach, które dla starożytnych Greków były terra incognita i których poznawanie w mozole podróżniczym Herodota i innych Greków żyjących w V wieku przed naszą erą było okazją do przeglądania się. Przeglądania się w dziwnym innym i obcym świecie niczym w popękanych zwierciadle. Dzięki zanurzeniu się w świecie ksenos (innych) Grecy mogli narysować granice własnej tożsamości oraz odbyć podroż w głąb własnych dziejów.

czytaj więcej...

 

'Hipisi mają się dobrze'

* * *

'Człowiek, który nie udawał Greka ' - o Milo Kurtisie

* * *

 

'Czy wiesz, że masz gender' ?

 

27.10 (poniedziałek) Kora i Kamil Sipowicz wezmą udział w dyskusji 'Czy wiesz, że masz gender'? Dyskusja odbędzie się o godz. 18:00 na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku.

W spotkaniu wezmą też udział: prof. Anna Kwiatkowska (psycholożka społeczna, zajmuje się stereotypami i przemocą interpersonalną), dr Małgorzata Bieńkowska-Ptasznik (socjolożka, zajmuje się socjologią płci), Kasia Kamińska (działaczka grupy Gender Project na Uniwersytecie w Białymstoku). Spotkanie poprowadzi Kamil Łuczaj - prowadzący, członek Klubu Krytyki Politycznej w Białymstoku.

 

'Problem dyskryminacji ze względu na płeć z trudem przebija się w Polsce do świadomości publicznej. Z pozoru wydaje się, że problem jest marginalny – konstytucja RP gwarantuje przecież równą ochronę praw i wolności obywatela bez względu na płeć, największy dziennik opiniotwórczy w Polsce publikuje feministyczny dodatek, a do tego jeszcze kobieta jest prezydentem stolicy. W  mediach jawi nam się więc obraz kraju wolnych i równych mężczyzn i kobiet, gdzie dyskryminacja może się, owszem, zdarzyć, ale nikt rozsądny nie potraktuje jej jako zjawiska normalnego. W rzeczywistości jednak cały szereg praktyk dyskryminujących ma nieraz subtelny, symboliczny charakter, jak np. pobłażliwy paternalizm w dyskusjach, podkreślanie rzekomo „naturalnego" charakteru podziału ról płciowych, sprowadzanie problemów kobiet do fanaberii „grupki feministek z Warszawy" czy niedopuszczanie kobiet do udziału w publicznych debatach w kwestiach ogólnospołecznych. Projekt Czy wiesz, że masz gender? ma na celu pokazanie właśnie tego, jak bardzo polską politykę i życie społeczne określają sprawy płci i nierówny status kobiet i mężczyzn'.

 

* * *

 

Spotkanie w Olsztynie

 

'Kora - sukces hippiski' - to tytuł spotkania z Korą Jackowską, wieloletnią wokalistką zespołu Maanam, na które zapraszają Międzynarodowe Forum Kobiet i Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie. Spotkanie odbędzie się 4 listopada o godz. 18.00 w kamienicy Naujacka przy ul. Dąbrowszczaków. Artystce towarzyszyć będzie jej partner Kamil Sipowicz, autor książki 'Hippisi w PRL-u'. Poprowadzi je Ewa Domaradzka, dziennikarka, prezes olsztyńskiego oddziału Międzynarodowego Forum Kobiet.

 

* * *

 

'Mao Star'

 

Pod koniec br Nowa Okolica Poetów dołączy do swego kolejnego wydania tomik poezji Kamila Sipowicza pt: 'MAO STAR'. Redakcja: Edward Pasewicz.

Najnowsze wiersze już dostępne na stronie: 'Mao Star'

 

* * *

 

Recenzje książki 'Hipisi w PRL-u'

 

Wysokie Obcasy

Gala - Felieton

Newsweek poleca

Gazeta Wyborcza

Gazeta Stołeczna

Rzeczpospolita

 

* * *

 

O książce w TVP Kultura

 

12.10 br. (niedziela) o godz. 16.20 o książce Kamila Sipowicza 'Hipisi w PRL-u' będzie można posłuchać w programie 'Tygodnik Kulturalny' (TVP Kultura).

 

* * *

 

'HiPisi w PRL-u'

 

Kamil Sipowicz, autor ksiązki 'Hipisi w PRL-u', przeprasza Krzysztofa Kownackiego (Profesora) za opublikowanie w swojej książce nieautoryzowanego wywiadu z nim. Autoryzowany wywiad, który ukaże się w drugim wydaniu ksiązki powinien brzmieć następująco: 

 

PROFESOR (Krzysztof Kownacki) – hipis z Krakowa, przyjaciel Psa, Piotra Marka, Kory. W 1980 był pierwszym menadżerem zespołu Maanam. Potem Izraela. Był właścicielem wytworni muzycznej i sklepu muzycznego. Aktualnie zajmuje się handlem nieruchomościami w Wieliczce. Mieszka  z żona – Jolą, plastyczką. Profesor mówi między innymi o swojej przyjaźni z  Psem (Ryszardem Terleckim) oraz Piotrem Markiem – enfant terrible bohemy krakowskiej. Wspomina parahipisowski zespół muzyczny Zdrój  Jana , swoje przeżycia na KUL-u a także młodszych kolegów: Bronisława Wildsteina, Lesława Maleszkę i Stanisława Pyjasa.

 

Traktowałeś poważnie ruch hipisów i hipisowską ideologię czy była to tylko przygoda z fajnymi ludźmi?

 

Inaczej traktowałem to wtedy a inaczej traktuję to teraz. Do ideologii hipisów miałem dystans, bez fajnych ludzi nie miałoby to sensu, ale pewne postawy jak pacyfizm, tolerancja, kierowanie się lojalnością ale też przyjemnością i wygodą a nie szpanem, pozostały we mnie do dzisiaj. Ruch hipisowski był ruchem, który na szerszą skalę odkrył dla nas i dla zachodniej cywilizacji inne kultury i  inne religie. I nie była to tolerancja dla tych kultur. To było żywe zainteresowanie, często fascynacja hinduizmem, buddyzmem, również islamem na wielu płaszczyznach: religii, filozofii, muzyki i wszelkiej sztuki. Był to czas rewolucji obyczajowej, estetycznej, moralnej. Istota tej rewolucji to szacunek dla wolności.

 

Prorok jest żarliwym chrześcijaninem i o tym mówił natomiast Amok wspominał silną potrzebę solidarności, co ja również mocno wtedy odczuwałem. Była potrzeba wspólnoty z ludźmi.

 

Można zaryzykować, że ruch hipisowski był duchową wspólnotą. Ruch nie był żadną strukturą czy broń boże organizacją. Tworzyli ją ludzie tak różni, jak np. Prorok - mistyk i Baluba - kompletny fryk. Tworzyło go miliony ludzi. Nie był religią, ani ideologią. Modą to na pewno za mało powiedziane. A czym był? Na czym ta wspólnota duchowa polegała? Jak napiszesz tą książkę to się okaże. Byle byś za bardzo czegoś nie chciał udowadniać.

 

W którym roku przystąpiłeś do ruchu, pamiętasz?

 

W 1968.

 

Jądro ruchu już wtedy istniało. Pies, Amok, Prorok, dziewczyny Galia, Kora.

 

Tak. Wszystko zaczęło się w 2 -giej połowie lat 60 -tych i trwało do połowy 70 -tych. Dla mnie początek w ruchu to koniec szkoły średniej: Krzysztofory, Rynek, Pod Bunkrem, MPiK na Jagiellońskiej, w lecie zloty. Ginsberg, manifest m. in. Proroka, pierwsze spotkania z literaturą hinduistyczną i buddyjską, pierwsze dragi, dyskoteki Pod Ręką, Zdrój Jana, Kantor, Piwnica pod Baranami, Kwintet Stańki. To takie postacie jak Jacek Gulla, Pies, Krzysiek Niemczyk, Dominika, Krzysiek Skalda (Provos), Galia, Kora, Faron, Gracja, Daria i Makadiwok, Maras, Borys z Lublina, Elis, Dolores, Teresa (Świnia), Tomek Hołuj, Piotr Marek ...... W 1971 r. Pies, ja, Antek rozpoczęliśmy studia na KUL-u  i powstała poważna komuna - ha, ha, ha -  mieszkanie w Lublinie gdzie zjeżdżało wielu hipów i nie hipów z całej Polski.  Ale wcześniej pokój w bloku żeby się zahaczyć. To było mieszkanie wielodzietnej rodziny. Oni w jednym pokoju, my w drugim.

 

Przyjęli was z takim wyglądem?

 

Hipisi to była wtedy nowość, a zwłaszcza w Lublinie i nie wiedzieli, czym to grozi. U nich z adaptera  Bambino na okrągło leciała pocztówka Laskowskiego z "Beatą" i "Żółtym jesiennym liściem" (skądinąd ładne piosenki i bardzo tam pasowały), z naszego pokoju dochodziły do nich wycia Janis Joplin, gitary Hendrksa, mędzenie Dylana, Cohena, Doorsi i inne dźwięki niepodobne do niczego, co słyszeli. Dziwnie było ale OK, bez żadnych spięć, skandali i zgorszenia. Po miesiącu znaleźliśmy inne lokum. Wysokie przyziemie w willi na ulicy Norwida. Garaż, dwa pokoje i kuchnia. Tam rozwijała się komuna. Pies studiował wtedy historię a ja teologię. Mieszkał z nami Antek, który również studiował  historię, potem Frydecki i Paweł Wdowczak, Przemek z Koszalina ... W dwóch pokojach mieszkało sześć osób na stałe. Oprócz tego przez cały czas ktoś przychodził, przyjeżdżał. Dużo pomieszkiwał Baluba. Często wyjeżdżaliśmy na weekendy do Warszawy. Pomieszkiwaliśmy wtedy u Zuzaka na Esperanto, wcześniej u Tadzia Organisty na Grochowie. Jeździliśmy do Warszawy na Jazz Jamboree, do Wrocławia na Jazz nad Odrą.

 

Jak długo to trwało?

 

W Lublinie studiowałem dwa lata. "Komuna" na Norwida trwała rok. Po roku nie przedłużono nam umowy na mieszkanie. Zresztą zaczęła się nagonka na hipisów w Lublinie. Któregoś dnia o 5 rano wywlekła nas z łóżek Milicja Obywatelska. Wywieźli na komisariat, potem na dołek do Bychawy, gdzie nas ostrzygli, potrzymali 48 godzin i wypuścili. Było to z okazji przyjazdu do Polski prezydenta USA. Na KUL-u w tym czasie studiowali relegaci z warszawskich uczelni po marcu 68, między innymi Basia Toruńczyk, Sewek Blumsztajn, Joanna Szczęsny, Kazik Wójcicki i inni. Byli mocno rozpolitykowani. Pies bardzo lgnął do tego towarzystwa.

 

 

Jeździłeś na zloty?

 

Byłem na zlocie w Opolu i w Kruszwicy. Pamiętam, że w Kruszwicy była również Kora. 

 

Kiedy mieszkałeś w Lublinie to Pies nie był już z Korą?

 

Nie. Byli razem dużo wcześniej i chyba bardzo krótko. 

 

Z kim jeździłeś na zloty?

 

Między innymi z Psem, Skaldą, Darią, Faronem, Gracją, Makadiwokiem, Marasem, Lalką  ..... Właściwie jeździliśmy dużymi grupami autostopem. Z Krakowa wyjeżdżało naraz kilkadziesiąt osób. Jakoś docieraliśmy na miejsce śpiąc po stodołach, podróżując na otwartych pakach ciężarówek.

 

Kto ci nadał ksywkę?

 

Nie pamiętam. Z pewnością wzięła się od okularów.

 

Kiedy się skończyła przygoda hipisowska?

 

Trudno powiedzieć, że coś się nagle skończyło. Po dwóch latach studiów w Lublinie przeniosłem się do Krakowa gdzie studiowałem filozofię na UJ. Kończyły się komuny. Miałem dziewczynę z którą mieszkałem. Stare przyjaźnie były zastępowane nowymi. Część hipisów wyjechała na zachód. Był to okres, kiedy wielu zaczynało zakładać rodziny.

 

Kiedy skończyła się przyjaźń z Psem?

 

Myślę, że kiedy się ożenił w połowie lat 70 tych. Do tamtej pory mieliśmy kontakt, mieszkaliśmy koło siebie, spotykaliśmy się. W 1974 r. wyjechaliśmy jeszcze razem autostopem do Holandii, przez moment byliśmy w Belgii i Niemczech. Potem w Jugosławii gdzie wziąłem zakupione w Holandii LSD. Miałem nadzieję, że doznam olśnienia, że poznam istotę wszechrzeczy. A było trochę tak jak w tej anegdocie o człowieku, który trzymał długopis i kartkę przy łóżku, bo był przekonany, że kiedyś dozna olśnienia we śnie. I rzeczywiście pewnej nocy obudził się z myślą, że to jest to. Zapisał i kiedy obudził się rano przeczytał: ALE ZE MNIE NOWAK.  A poza tym było intensywnie, kolorowo, ale jednak było to rozczarowanie.  W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Wiedniu, gdzie czekaliśmy dwa tygodnie na koncert Zappy, trochę pracując m. in. w rozlewni alkoholi, ale z powodu licznych degustacji jeszcze tego samego dnia nam podziękowali. Głównie spędzaliśmy czas w Galerii Marii Teresy dobrze przepalając. Wkrótce po powrocie Rysiek się ożenił.

 

Kogo pamiętasz z tych czasów z Krakowa?

 

Jacek Gulla był niesamowitą postacią. Oczywiście Amok, Krzysiek Skalda (Provos). Prezes - dziwna postać, trochę zawsze z boku, mająca swój świat, że tak powiem rzemiosła artystycznego. Były dwie tragiczne postacie: Daria - piękna dziewczyna i jej chłopak Makadiwok. Strasznie  się kleili, mówię o wąchaniu tri. Później wyjechali do Holandii. Daria podobno umarła w jakimś publicznym kiblu z przedawkowania. Ich przyjacielem był Maras. Faron, który potem zajął się fotografią (dzisiaj członek Łodzi Kaliskiej – KS). Hipisi z wzajemnością lgnęli do takich osób jak Krzyś Niemczyk, który w żaden sposób nie utożsamiał się z hipisami. Artysta, który z własnego życia robił happening. Po Krakowie chodził w czarnym fraku z białymi skrzydełkami. Mówił piękną polszczyzną o swoich homoseksualnych przygodach, o doznaniach erotycznych z kabaczkiem, o tym jak przekonywał panie w aptece w Miechowie do sprzedania mu 10 fiolek fermetrazyny dla grubej ciotki, żeby mogła wyjść z auta. Legendy krążyły o jego genialnej powieści, która gdzieś zginęła. U niego mieszkał Jacek Gulla, który pod jego wpływem rozwijał się emocjonalnie, intelektualnie, artystycznie i seksualnie. Krzysiem Niemczykiem zafascynowana była Dominika, która popadła w schizofrenię i popełniła samobójstwo. W jakimś sensie Piotr Marek był jego uczniem.

 

Ile lat spędziłeś w Krakowie?

 

Prawie całe dotychczasowe życie, poza podróżami i dwoma latami studiów na KUL. W Krakowie skończyłem studia, ale nie napisałem pracy magisterskiej, wolałem ruszyć na podbój świata z Maanamem.

 

Czy przetrwały przyjaźnie z tamtych czasów?

 

Jeśli chodzi o mnie to nie bardzo. Z Korą utrzymuję sporadyczny kontakt. Z Psem widziałem się ostatnim razem na wernisażu Baluby jakieś 10 lat temu. Prawie wszystkie te osoby, które wymieniłem wyjechały za granicę: Gracja, Gulla, Skalda, Baśka Czapran, Paweł Wdowczak ... część nie żyje: Piotr Marek, Dominika, Galia, Basia Rogosz, Niemczyk, Antek ... Pies został profesorem historii, związany jest z IPN i zaangażowany politycznie. Prezes mieszka w Chrzanowie, widywałem go dosyć często kiedy przychodził do mojego sklepu po płyty. Sporadycznie spotykam Farona i Marsa. Czasem Frydeckiego, który założył pierwszą w Krakowie, bardzo odlotową chińską restaurację, wygryzł go McDonald.

 

Był jeszcze Pablo.

 

Tak. Pablo, Paweł Hołubowicz. Nie wiem, co się z nim dzieje. Zdawał z nami na KUL, często widywaliśmy się później w Krakowie w Rio czy w Vis a Vis. Antek studiował z nami na KUL-u chyba przez rok. Miał szczególny sposób rozmowy. Pytaniami podważał wszystko, co mówił jego rozmówca. Sokratejski sposób prowadzenia rozmowy. Zadawał pytania nie po to, by udowodnić swoją tezę, ale żeby podważyć to, co mówił ktoś inny. Irytowały go teorie Proroka, o którego tak dużo pytasz. Z Prorokiem niewiele mnie łączyło, mało go znałem. Pamiętam wizytę u niego w domu na skraju Puszczy Niepołomickiej. Jego rzeźby w drewnie miały jakiś dziwny duchowy ładunek. Jest chyba z usposobienia mistykiem ale i demagogiem. Pies też o ile pamiętam z dystansem traktował nauki Proroka, zresztą sam był demagogiem.

 

Ale czy Pies głosił jakieś nauki? Na czym polegała jego demagogia?

 

Na tym, żeby jego było na wierzchu w każdej sytuacji. Na pewno miał jakąś charyzmę. Otoczony był aurą wodza. Miał żywy umysł, przewrotny dowcip. Dużo czytał, pisał wiersze. Zjawiskowo wyglądał. Bardzo podobał się dziewczynom, z żadną nie był długo. Nie był walczącym ideologiem ale w pewien sposób był modelowym hipisem, mam na myśli jego system wartości, zainteresowania, sposób życia, ubierania się, prowokacyjność. Na pewno nie był narkomanem.

 

Czy Bronisław Wildstein był hipisem ?

 

Czy Wildstein był hipisem? Jego akurat nie znałem bliżej, ale pamiętam. Studiował chyba polonistykę  w czasie gdy ja filozofię. Mieliśmy trochę wspólnych znajomych. Poznałem ich przez Jaceka Filka, który przeniósł się z polonistyki na filozofię. Szostkiewicz, Ela Majewska, Wildstein, Maleszka i Pyjas - takie środowisko. Może można ich nazwać post hipisami. Wchłonęli to, co przynieśli hipisi z całym tym ruchem kontrkulturowym, estetyką, swoistym luzem ale równocześnie było to środowisko intelektualistów. Natomiast hipizm nie był ruchem inteligenckim czy intelektualnym. Szostkiewicz wydawał mi się człowiekiem strasznie poważnym i uważnym nawet w takich rzeczach jak modulować, zwieszać głos, jak trzymać ręce. Raczej przemawiał niż mówił. Trochę mnie to śmieszyło. Dzisiaj jak patrzę w TV na Szostkiewicza widzę, że jest wyśmienitym dziennikarzem,  przemiłą postacią, nie odbieram go jako demagoga zaangażowanego po którejś stronie. Wildsteina dopadły chyba jakieś ciemne moce. 

 

Jak wyglądały wasze doświadczenia z narkotykami?

 

Wtedy w narkotykach było więcej niewinności i ciekawości i mniej nałogu niż na przykład w alkoholu.

 

Jacy byli hipisi?

 

 

Początek ruchu to bunt przeciwko zastanemu światu dorosłych, jego zakłamaniu ubranemu w sztywne konwencje, pełnego zawiści, przemocy i kołtuństwa. Wszędzie: w szkole, kościele dla wielu w domu. Kontrpropozycją miała być totalna wolność, brak reguł, wyzwolony umysł, stąd zafascynowanie wschodem, medytacją i narkotykami. Nie byliśmy jednak idiotami i szybko stało się jasne, że idealny model to nie w życiu. Nasz bunt wyrażał się w sposobie życia, prowokacyjnym ubieraniu się i zachowaniu, w sztuce. W miarę możliwości żyliśmy w grupach - komunach - dzieliliśmy się czym kto miał. Mieliśmy własny system wartości, wspólne zainteresowania i fascynacje. Wiedzieliśmy jak chcemy żyć, czym się nie przejmować, co czytać, czego słuchać, czego nie robić, co wyśmiać. Studiowaliśmy to, co nas interesowało, nie myśleliśmy o zdobywaniu zawodu, w ogóle nie myśleliśmy o przyszłości, zgodnie z zasadą "be here now". W ruchu byli różni ludzie. Bardzo dużo było takich, którzy garnęli się na zasadzie fascynacji otoczką, kolorowymi ciuchami i długimi włosami, liczyli na to, że będą mogli poderwać ładną dziewczynę. Ci, z którymi ja się przyjaźniłem to była straszna modelarnia, ale nie jacyś pokręceńcy. Nie byli zepsuci. Nic z chorych ambicji, cynizmu, zawiści. Dobra zabawa, piękne hipiski i dużo innych dziewczyn wkoło. Kolorowo, beztrosko, dużo muzyki. Byliśmy młodzi, cieszyliśmy się życiem. To nie był szpan w stylu beatników czy jakaś zamknięta sekta. To byli wszystko ludzie bardzo otwarci. Nie pamiętam, żeby ktoś strasznie poważnie myślał, że zmieni cały świat na własną modłę, ale robiliśmy swoje.

Hipizm z którym ja się zetknąłem to mieszanka buntu, pacyfistyczno-mistycznej ideologii, sztuki, komun, eksperymentów z narkotykami (w bardzo sporadycznych wypadkach narkomanii), seksu, włóczęgi, przygody intelektualnej.

 

Hipizm zrobił dużą rewolucję mentalną, kulturową, wniósł dużo obyczajowego luzu. Przede wszystkim wyzwolił tolerancję. Niedawno w Jazz Radio słyszałem wypowiedź Wojciecha Karolaka, znanego jazzmana, wspaniałego gaduły, który powiedział, że przed hipisami wszystko - miał na myśli szeroko pojętą kulturę - rozwijało się w sposób naturalny. To, co następowało później, było konsekwencją tego wcześniejszego i, poza tym, było jakoś elegancko. A hipisi weszli z butami, zrobili rewolucję totalną. Nic już nie jest przewidywalne, nie mówiąc o elegancji. Trudno się z tym nie zgodzić. Łamanie reguł było skuteczne i jest rzeczywiście szmatławiej.

   

Pies napisał do gazety wielki artykuł o swoim ojcu, który współpracował z bezpieką.

 

Nie czytałem tego artykułu. Pewnie to mocno przeżył. Pies był bardzo wyczulony na to, że ktoś jest kapusiem. Często wskazywał takie osoby. Myślę, że wielu osobom mógł zrobić krzywdę a o wielu, jak widać nie wiedział. Dziś w IPN siedzi w tym po uszy, musi to lubić. IPN, który zapewne prowadzi badania naukowe, historyczne, porządkuje, archiwizuje ...,  publicznie jawi się jako instytucja nieprzyzwoita, nacechowana obsesyjnym rewanżyzmem, wykorzystująca swoją wiedzę do paskudnych politycznych przepychanek, która więcej osób skrzywdziła, niż cokolwiek wyjaśniła.

 

Powiedz o muzyce, bo ona była dla hipisów bardzo ważna.

 

To był nośnik "ideologii". W Krakowie słuchaliśmy Dylana, Beatlesów, Doorsów, Joplin, Jeffersonów ...  modni byli Rolling Stones.

 

To dziwne bo to nie był zespół hipisowski.

 

Ale fajnie grali. Wydali w tym czasie odlotową, jedną z najbardziej psychodeliczych płyt jakie powstały, "Their Stanic Majestic Request" z trójwymiarową okładką i labiryntem do LSD. Zresztą "Give Me Shelter", "Beggers Banquet" są też mocno psychodeliczne.  Baluba zaraził nas Grateful Dead, Jefferson Airplane, Pink Floyd, Vanilla Fudge, Country Joe and Fish ... Słuchaliśmy Janis Joplin, oczywiście Zappy, który właściwie był prześmiewcą tego wszystkiego. W Polsce na dobrą sprawę nie było hipisowskich zespołów.  Była taka grupa z Ustki 74 Grupa Biednych. Trochę stylizował się Niemen, Breakouci próbowali, Niebiesko Czarni ale to tak naprawdę nie miało nic wspólnego z ruchem. Bemibek grali fajną, kolorową muzykę podszytą latynoskimi klimatami. Był też strasznie poważny Klan. W Krakowie działał niezwykły Zdrój Jana. Grali w Klubie pod Ręką. To była bardzo psychodeliczna muzyka w stylu Stonesów i wczesnego elektrycznego Dylana. Ich koncerty wyglądały niesamowicie. Odbywały się w niskiej piwnicy, w której stała jeszcze estrada. Jacek Ukleja, lider zespołu, był niskim człowiekiem i mógł stać w miarę wyprostowany, natomiast inni muzycy już byli trochę przygarbieni. Ich koncerty to dziwne misterium, mieszanka rock'n'rolla, kabaretu, teatru .....  Przeszywające elektryczne dźwięki gitar przetworzone przez własnej roboty fuzz, distortion itp, mieszały się z akustycznymi gitarami, skrzypcami, okaryną do tego wspaniały świetlny show, czasami muzycy w białych kitlach z czerwonymi paznokciami w stroboskopowych lampach jakie wiele lat później używane były w dyskotekach. Z boku na scenie waląc kręgosłupem po suficie facet zawzięcie pedałuje na rowerze - generatorze. Czuć w tym było inspirację Stonesami, ale nie była to klisza tylko daleka inspiracja. Było bardzo ostro. To był 1969 - 1971 rok.

 

Skąd oni się wzięli?

 

Głownie z ASP. Jacek Ukleja studiował w tym czasie scenografię. Jurek Wójcik studiował anglistykę, później filozofię, jeden z pierwszych czarnych pasów karate. Paweł Partyka zafascynowany był zenem. Związani z zespołem byli też bracia Antoniszczakowie, później bardzo znani twórcy filmów animowanych. Ryszard Antoniszczak pisał teksty i grał na bębnach. W trakcie jednej z piosenek (chyba Ulica Bezalkoholowa) wyświetlany był film animowany. Z bohaterki filmu, namalowanej jakby akwarelkami, ściekało barwnymi plamami ubranie. Wspaniały plastyczny efekt i była to chyba nowatorska technika animacji. Było naprawdę niesamowicie. 

 

Polecam www.zdrojjana.mp3.wp.pl, gdzie jest parę zdań o Zdroju Jana, kilka piosenek do posłuchania i trochę zdjęć.

 

Jurek Wójcik z Krysią Święcicką, późniejszą żoną, i muzykami Zdroju Jana mieli też swój fantastyczny program gównie z repertuarem Dylana w elektrycznym wydaniu.

 

Zjawiskowe były dyskoteki w klubie Pod Ręką. Bywali tam studenci ASP a zwłaszca studentki, hipisi z całej Polski (ci tańczyli głownie na kolanach), studenci z innych uczeni, głownie artystycznych, pamiętam m.in. Krystina Lupę. Były to czasy "Abbey Road"  Beatelsów, Doorsów, wczesnych Led Zeppelin, Blood Sweet and Tears .......... , tańczyło się do "In-A-Gadda-Da-Vida" Iron Butterfly.

 

W tym mniej więcej czasie w Krakowie Jacek Ostaszewski, Marek Jackowski i Tomek Hołuj stworzyli Ossian, zespół również z hipisowskiej fali, choć być może to, co powiedziałem im się nie spodoba. 

 

A jak pamiętasz Jacka Gullę?

 

To była wielka postać ruchu, aczkolwiek też nie można o nim powiedzieć, że był hipisem. On również się z tym wszystkim nie utożsamiał.

 

On to przekraczał. Ja uważam, że hipisowanie polegało na tym, że się przekraczało hipisowanie bo nie chciało się zamykać w jednej formie.

 

Tak, ale istniało też coś takiego jak utożsamianie się z ruchem. Zresztą z artystami z kręgu hipisów chyba było jakoś tak, że choć sami nie utożsamiali się z ruchem, twórczo przetwarzali co czas przynosił.

 

Potrzeba jakiejś tożsamości, którą później można następnie przekroczyć.

 

Jacek miał straszny trip intelektualny. To był hochsztapler. Potrafił na przykład godzinami opowiadać o książkach, których nie przeczytał tylko coś gdzieś zasłyszał. Malował, pisał, wszystko robił. Zawsze był duszą towarzystwa. Miał straszny odlot na to, żeby wyjechać z Polski. I z Polski wyjechał. Ożenił się z bogatą Amerykanką, która jeździła po Europie swoim nowiutkim Volvo 240 combi, a w Polsce trafiła na hipisów i na Jacka. Pamiętam, że miała przenośny adapter i mnóstwo fantastycznych płyt. Wtedy między innymi po raz pierwszy usłyszeliśmy Grateful Dead. 

 

Gulla to wielki niespełniony talent.

 

Trudno powiedzieć. Nie wiem co tworzy w Nowym Jorku. Specjalnie go chyba nie wydają. Może pisze arcydzieła, które zostają w szufladzie. Było takie pismo Nowy Wyraz, które już po jego wyjeździe do Stanów drukowało w późnych latach 70 - tych jego wiersze. Gdzieś to mam. Pamiętam, że mi się podobało. 

 

Na KUL-u profesorowie nie interesowali się ruchem?

 

O tyle, o ile hipisi sprawiali kłopoty. Wielu ludzi oburzał nasz wygląd, o komunie krążyły legendy, księża z ambony opowiadali usłyszane od wiernych bardzo gorszące historie z życia, głównie seksualnego, hipisów. Na drugim roku studiów zmienialiśmy kilkanaście razy mieszkanie - im bliżej końca roku, tym częściej. Swoją drogą interesowały nas bardziej dziewczyny niż studiowanie. Opowiem ci swoją historię, która dobrze to ilustruje. To był chyba profesor Styczeń, który wykładał etykę. Nie bywałem jna ego wykładach, nie chodziłem na ćwiczenia. Problemy metafizyczne i etyczne wolałem roztrząsać pijąc piwo w Unii, hotelu znajdującym się obok uczelni. Musiałem przystąpić do egzaminu. Był wyznaczony termin i musiałem mieć wpis do indeksu. Przychodzę więc na egzamin, kompletnie nieprzygotowany, a tam tłumy dziewczyn powtarzających notatki z zeszytu. Nie chciało mi się czekać a dziewczyny z przyjemnością mnie przepuściły. Wchodzę z trzema innymi osobami, ksiądz profesor Styczeń zadaje mi pytanie. Zaczynam odpowiadać i widzę, że interesuje go to, co mówię. Dostałem piątkę. Przemyślenia młodego hipisa spodobały się księdzu profesorowi. Myślę, że zaowocowały nocne hipisów rozmowy i liczne lektury nieobowiązkowe.

 

Niektórzy z długowłosych studentów KUL-u niestety byli pionierami w produkcji kompotu.

 

A jak wyglądała sprawa z narkotykami w środowisku krakowskim?

 

Zaczęło się od TRI. Wielu tego próbowało. Poza Darią i Makadiwokiem nikt za tym nie poszedł, nie wpadł w to. Nie było TRImanii. TRI to szalone wizje. Wizje, które nie były przetworzeniem bodźców zewnętrznych. Całkowity brak samokontroli. Próbowałem tego ze dwa, trzy razy. Później była fermatrazyna, która nie powodowała takich odlotów. Bo TRI nie było takie, jak haszysz czy LSD, że nabierasz wrażliwości zmysłowej, że jesteś twórczo pobudzony. Były tylko czyste halucynacje. Nie miało się żadnej władzy nad swoim ciałem. Kompletne oderwanie. To było całkowite poddanie się halucynacjom. Można to potraktować jak sen, który jeśli jesteś w stanie zapamiętać to możesz prześledzić swoją podświadomość. Zapamiętane wizje można było opisać albo namalować. Myślę, że Piotr Marek próbował to robić. Ale to jest moje dzisiejsze spojrzenie na to. Dla mnie wtedy to było coś bardzo silnego, kolorowego, wizjonerskiego ale powalającego, niebezpiecznego i groźnego. Do dzisiaj pamiętam tamte obrazy. Czułem, że było to złe i że nie tędy droga.

 

Chyba potwornie toksyczne?

 

Myślę, że TRI było zabójcze. Nie było chemicznie uzależniające. Daria i Makadiwok, którzy się w tym zatracili, musieli czuć potrzebę silnego odurzenia i jakiegoś samounicestwienia.

 

A ferma?

 

Ferma to jest speed. Czyli nie śpisz, masz pobudzony umysł, czujesz się sprawny intelektualnie. Na fermie odbywały się

kilkunastogodzinne dyskusje. Pobudzała raczej intelekt niż zmysły. Lepiej się rozmawiało czy pisało niż np. grało, słuchało muzyki czy tańczyło. Trip kończył się uczuciem koszmarnego wyjałowienia, zmęczenia, otępienia i wyniszczenia. W niewielkich dawkach pomagała w przygotowaniu się do egzaminu.

 

A parkopan , szalone ziółka…?

 

Niemiło to wspominam. Szalonych ziółek próbowałem raz. To środek mocno halucynogenny, zatracasz się we własnych wizjach, jesteś pozbawiony kontaktu ze światem zewnętrznym, bodźce zmysłowe nie działają. Trchę jak TRI ale trwa to kilkanaście godzin i nic nie możesz z tym zrobić, a i nie chcesz, bo nie wiesz co się z tobą dzieje. Możesz się ruszać, odbywać wycieczki, które potem znasz tylko z opowiadań.

 

A mieliście dostęp do marihuany i haszyszu w Krakowie?

 

Poprzez cudzoziemców. Pierwszy raz haszyszem zostałem poczęstowany przez Larsa. Chudy, rudy Duńczyk, który przemycił haszysz w tubce pasty do zębów. Wtedy jeszcze takie numery przechodziły. Haszysz i trawę przywoziły amerykańskie turystki. Byliśmy długowłosi, kolorowo ubrani - przez hipsów z zachodu natychmiast rozpoznawalni. Łatwo nawiązać kontakt. One też szukały przygód. Po powrocie do siebie wysyłały nam płyty.  

Wszystkie narkotyki działały na mnie alienująco. Najlepiej wspominam haszysz. W małych dawkach bywał towarzyski, pobudzał umysł i zmysły, dźwięki, kolory stawały się wyraźniejsze, bardziej przestrzenne, powstawały niezwykłe skojarzenia. Świat widać bardziej. Miało to swoje wartości poznawcze. W większych dawkach powodował halucynacje i wyobcowanie, jednak te stany były dla mnie rodzajem autopsychoterapii. Takie sięgnięcie głębiej w siebie, jak w kulturach szamańskich. Natomiast codzienny haj jest zgubny i prowadzi do degrengolady. 

Myślę, że błędem jest stawianie w równym rzędzie wszystkich dragów, np. heroiny i marihuany, pakując je do tej samej szuflady: narkotyki. Chciażby z takiego punktu widzenia, że jeżeli młody człowiek spróbuje jointa już przekracza rubikon i sięgnięcie po heroinę jest takim samym grzechem i przestępstwem. Alkoholizm jest nieszczęściem i chorobą cywilizacyjną ale na szczęście nie leczy jej się prohibicją.

 

Z kim się przyjaźnili hipisi? Z Kantorem i Beresiem?

 

O Beresiu to ci może Kora więcej powiedzieć. Owszem gdzieś tam coś zaistniało, byliśmy siebie ciekawi. Byliśmy wszyscy wtedy w Krakowie odmieńcami. Więc to było bardziej na zasadzie ciekawości niż przyjaźni. U Kantora w Krzysztoforach hipisi krakowscy znaleźli swą pierwsza mekkę. Nie sądzę, żeby hipisi byli inspiracją dla Kantora, natomiast dla nas obcowanie z jego sztuką było ważnym przeżyciem.

Z jazzowego środowiska najbliżej nam było do Tomka Stańki. Z naszego otoczenia Tomek Hołuj grywał ze Stańką na perkusyjnych. Krążyła po Krakowie taka historia, jak Tomek po bębny i inne gongi na koncert ze Stańką w Piwnicy pod Baranami włamał się do Piotra Marka. Chińskie gongi wróciły do Piotra zmasakrowane tłuczkami do ziemniaków. Nie zapomnę koncertów Kwintetu Stańki, od nich zaczęło się moje zainteresowanie jazzem. W jazzie też był nurt bliski kultury hipisowskiej np. Don Cherry, którego zjawiskowy koncert pamiętam z Krzysztoforów.

 

Przypomnij jeszcze postacie z tamtych czasów...

 

Paweł Wdowczak to jest bardzo sympatyczna postać. Mieszkaliśmy  razem w Lublinie. On studiował z Andrzejem Frydeckim muzykologię na KUL-u. Obydwaj wcześniej skończyli szkołę muzyczną w Łodzi. A muzykologia na KUL-u to nie była tylko teoria muzyki. Pamiętam ich zajęcia głównie z tego, jak całymi dniami ćwiczyli Bacha na drewnianych organach w baraku mieszczącym się niedaleko gmachu głównego. W tym czasie odkryli Rolling Stonesów (Andrzej Frydecki zauważył, że chór na płycie Rolling Stonesów nie brzmi jak chór tylko jak śpiewanie tłumu), Grateful Dead, Pink Floydów ... a ja za ich sprawą Hindemitha, Strawińskiego, Weberna ...  Paweł grał na skrzypcach. Brał udział w pierwszych nagraniach Budki Suflera.

Paweł i Andrzej studiowali potem muzykologię w Krakowie. Paweł z Baśką Czapran mieszkali przez pewien czas na hip-chacie w komunie na Tynieckiej. To było mieszkanie Skaldy i jego dziewczyny, Szczurka (Oli). To musiał być 1976 lub 1977 rok. Marian Eile, malarz, scenograf, redaktor naczelny Przekroju organizował w komunie na Tynieckiej sesje fotograficzne. Dla niego ta hip-chata w modernistycznej, rozpadającej się willi była inspiracją. Ale nie robił dokumentacji. Wszystko było wymyślone, upozowane. Namiętnie przebierał dziewczyny: Szczurka i Baśkę. Baśka była fantastyczną dziewczyną. Studiowała rzeźbę na ASP. Wyszła potem za jakiegoś Norwega a potem za Chińczyka. W Oslo skończyła miejscową akademię sztuki, chyba na niej wykłada, zajmuje sie rzeźbą, spotkaliśmy się kiedyś w Londynie. Paweł po ukończeniu muzykologii na UJ pracował w Muzeum Etnograficznym w Szydłowcu, gdzie jest kolekcja instrumentów ludowych. Potem wyjechał za granicę, wylądował w Meksyku a potem w Stanach i od tego czasu już nic o nim nie wiem. Mężem Oli (Szczurka) był John Porter, jest mniszką buddyjską. O Krzyśku Skaldzie niewiele wiem poza tym, że mieszka w Norwegii. 

 

Z chatą na Tynieckiej skończyło się hipisowanie. W tym czasie zacząłem przyjaźnić się z Piotrem Markiem, poznałem Jolę, z którą jestem do dziś.

 

A ty wiesz coś o akcji  Piotra Marka (Piotr Marek – założyciel zespołu Dupą, malarz, performer ) z garbusem?

 

 

Piotr Marek umiał klepać garbusa po garbie, coś czego bym nigdy nie potrafił, i w ten sposób się z nim zaprzyjaźnić. Robił mu zdjęcia, zaraził go pasją malarską. Mówię o Bogusiu Kostii. Wprowdził go w swoje środowisko. Piotr Marek, Boguś Kostia oraz Marek Głogowiec i Jacek Łomnicki bardzo się przyjaźnili. Piotr nigdy nie mówił o Bogusiu „garbus”.  Uczynił z jego garbu coś i normalnego i bardzo interesującego. Piotr Marek był człowiekiem złośliwym i dziwnym, ale potrafił się zaprzyjaźnić z Bogusiem i wydobyć go z prosektorium, gdzie  pracował jako fotograf, żeby fotografował coś innego. Boguś Kostia był również obiektem fotografowania i cieszył się z tego. Potem zajął się malarstwem i zamieszkał w Zakopanem.

 

Jak pamiętasz Piotra Marka?

 

Piotr był facetem, który widział rzeczywistość w sposób karykaturalny i wyrażał to słowami, rysunkami, dźwiękami, swoją postawą, swoimi emocjami do ludzi. Potrafił być bardzo złośliwy, jak kogoś nie lubił czy nie szanował ale jako przyjaciel był bardzo ciepły, lojalny, świetny kompan, zawsze centralna postać towarzystwa. Był człowiekiem niezwykle interesującym, bardzo niepokornym. Z siebie śmiał się równo i przedstawiał w różnych karykaturach. Często na swoich obrazach występował w czapce Stańczyka.  W połowie lat 70 - tych Piotr malował duże płótna, z mnóstwem szczegółów, postaci, planów, scenerii ... Namalowanie takiego obrazu trwało miesiące. Był perfekcjonistą, mówił, że potrzebuje parę lat żeby się rozmalować. Był samoukiem, z liceum plastycznego wyrzucony m. in. za bicie nauczycieli po łapach gdy gryzmolili mu po jego pracach w trakcie korekty. Na plenerach siadał kilkadziesiąt centymetrów przed drzewem i precyzyjnie rysował korę. Był najmłodszym członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków i to bez akademickiego wykształcenia. Nie wiem czy miał kiedykolwiek wystawę swojego malarstwa. Miał marszandów z  Niemiec, którzy kupowali od niego obrazy zanim je namalował. malowanie za pieniądze które już dawno wydał  było dla niego zmorą. Dużo rysował i malował pastelami, chętnie tymi rysunkami obdarowywał przyjaciół. Cieszyło go granie w domowych składach np. z Iliasem Tufeksisem - Grekiem, który grał na buzzuki, Wackiem Kozłowskim jazzowym perkusistą, Piotr grał na gitarze. Przez parę lat, kiedy pracowałem z Maanamem, Piotra rzadko widywałem. Na początku lat osiemdziesiątych domowe granie z Pudlem przerodziło się w DUPĄ. Obdarowywał przyjaciół (czytaj publiczność zespołu Narzędnik Osobowy DUPĄ) wykonanymi przez siebie ciuchami, pieszczochami, paskami i mnóstwem gadżetów. Miał taką publiczność, jakiej chciał. Powstały konkretne utwory, a właściwie tematy, kompozycje i teksty głównie Piotra Marka. Ale i tak przede wszystkim było to dżemowanie w różnych składach i eksperymenty brzmieniowe. Piotr okazał się utalentowanym konstruktorem różnych przetworników dźwięku, genialnym producentem nagrań. Dysponował półprofesjonalnym magnetofonem Marantz 6020, quazi czterośladem. Nie bał się żadnych dźwięków. To co zostawało na taśmie było demoniczne, brudne, niedopowiedziane, bulgoczące na jedenastym tle obsceniczne wokale, jakiś ćwierćprodukt - ale poruszające i nie dające sie z niczym porównać. Domowe granie przerodziło się w mniej lub bardziej regularne próby w Dworku Białoprądnickim ze stale zmieniającymi się składami ale wyklarował się stały zręb zespołu: Piotr Marek - gitara, Jenny Giovanos (Dżej Dżej Renifer z krainy i niesprawiedliwości społecznej) - śpiew (studiująca na ASP Amerykanka), Pudel - giatra, Prześwietny Potoczek - gitara i Frantz Dredhunter - bass. Zespół DUPĄ dał parę koncertów, które więcej miały z happeningów i wydarzeń towarzyskich niż koncertów w normalnym rozumieniu.  Ostatni odbył się w Piwnicy pod Baranami. Scenografię przygotował oczywiście Piotr Marek, który sam wystąpił w czarnej, wymalowanej srebrnym sprejem sutannie i kolekcją radzieckich orderów na piersi kupowanych na tandecie. Sutannę podobno podpieprzyli księdzu koledzy Piotra z Tarłowskiej, kiedy ksiądz obracał jakąś panienkę albo nie panienkę. Koncert zakończył się totalną bijatyką i demolką, która zaczęła się od tego, jak facet który zatoczył się na Jolę miał mi za złe, że chcę go ustawić do pionu i z pomocą przyszedł mi Piotrek Dziuba.

Piotr Marek umarł śmiercią samobójczą 5 sierpnia 1985 roku. Na ostatnich obrazach w swoim oku malował swój grób.

 

***

 

'HiPisi w PRL-u'

 
     

22.10 - Kamil i Kora; promocja książki i płyty; księgarnia 'Głośna samotność', Poznań, ul. Ratajczaka 8, godz. 18.00

03.10 - Promocja książki - Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej ELEKTROWNIA w Radomiu; godz. 18.00

01.10 - Promocja książki z koncertem: Amokpositiv, Paffulon  (Kiniorski/Bielawski)  oraz performance  Andrzeja Zuzaka - 'Jadłodajnia Filozoficzna'; róg Dobrej i Zajęczej (Warszawa); godz. 19.00

24.09 - 'Quadrans Qultury' TVP3 - godz. 8.45 i 18.00 Kamil Sipowicz opowie o swojej książce.

 

Promocja książki 'HiPisi w PRL-u'

 
   Kamil Sipowicz, Wydawnictwo 'Baobab', Galeria 'Zachęta' oraz 'Czuły Barbarzyńca' zapraszają na promocję książki  'HiPisi w PRL-u'

Galeria 'Zachęta' : 23.09.2008 (wtorek) ; godz. 18.00

 

''KARTKI'

 

  Na łamach magazynu literacko - kulturalnego 'Kartki' po blisko 3 latach opóźnienia   opublikowana została rozmowa ze mną i Korą oraz wiersze i recenzja tomiku 'Świder Metafizyczny'.

 

       

 

 wywiad pod adresem:KARTKI

 

* * *

 

 'HiPisi w PRL-u'  

 

'  'Hipisi - ci niewinni rewolucjoniści, których komunistyczna propaganda napiętnowała jako pasożytów i narkomanów, nie mieli dotychczas szansy, aby obronić się przed fatalnym wizerunkiem. Wizerunkiem, który przetrwał zmianę ustrojową i został przejęty przez nowych szafarzy historii i prawdy. Hipisi w komunistycznej Polsce pokazali władzy i ludziom, że można podjąć próbę innego życia niż przewidywał to kolektywny ideał' stworzony przez marksistów. Trzeba pamiętać tamte czasy, aby wiedzieć jak wiele to znaczyło. Hipisi rozpoczęli ruch małej, wewnątrzgrupowej solidarności. Mieli odwagę głosić wolność, pokój i miłość. Pozostawili swój ślad w sztuce, muzyce, teatrze, psychologii i ekologii.'

 
   
 
Zapraszam wszystkich zainteresowanych na promocję mojej nowej książki  'Hipisi w PRL-u' do warszawskiej galerii ZACHĘTA: 23.09.2008, godz. 18.00
 

* * *

 

recenzja z 'NOWA OKOLICA POETÓW' 12 2007

 

 

 

 
 
 
 

http://picasaweb.google.com/szymonsipowicz/SIPOWICZFAMILY

 
 
 
 
Recenzja tomiku z wierszami "I znowu pogrzeb we wrześniu" zamieszczony w Rzeczpospolitej.
 

aby przeczytać artykuł, kliknij na miniaturkę

 

 

 
 
Recenzja tomiku z wierszami "I znowu pogrzeb we wrześniu" zamieszczony w magazynie "lampa i iskra boża" luty 2007.
 

aby przeczytać artykuł, kliknij na miniaturkę

 
 
 
 

Rzeczpospolita
26 maj 2007 r.
Nr 122

PLUS MINUS: PODMUCH DUCHA ŚWIĘTEGO
Z 'PROROKIEM' rozmawia KAMIL SIPOWICZ

 

Rz? Kim byli pierwsi hipisi PRL?

"Prorok Jonasz"? W 1967 roku sześciu z długimi włosami przesiadywało pod warszawskim empikiem. Szokowali wyglądem i mieli pseudonimy. To byli "Kogut" - prawdopodobnie z Żoliborza, "Sułek" z Mokotowa, "Warkoczyk" z Grochowa, "Marcel" z Bielan - jeden z najstarszych, "Lalek" i "Organista" (Tadeusz Konador, muzyk, działacz kulturalny, aktywny w opozycji politycznej - przyp. K.S.). Aha, i jeszcze "Łysy", naprawdę zbuntowany, fantastyczny facet. Ja wtedy studiowałem na drugim roku filozofii Akademii Teologii Katolickiej. Często przechodziłem koło nich, zastanawiając się, czy do nich podejść. Któregoś dnia się zdecydowałem, zaczęliśmy rozmawiać i doszliśmy do wniosku, że zamieszkamy razem.

I taki był początek pierwszej komuny hipisowskiej w komunistycznej Polsce?

Wynająłem suterenę w willi na Mokotowie tuż przy budującym się centrum telewizji. Mieszkałem z "Kogutem", "Sułkiem" i "Marcelem", dochodzili inni hipisi i dziewczyny. To była pierwsza komuna, ale co jest najciekawsze - o hipisach wtedy jeszcze nie słyszeliśmy. Nosiliśmy długie włosy, co podpatrzyliśmy u zespołów rockowych, ale nikt nie miał pojęcia o hipisach. Pewnego wieczoru "Kogut" przyniósł magazyn "Forum", w którym przeczytaliśmy pierwszy artykuł na ten temat. Uważam, że to był podmuch Ducha Świętego, bo to samo stało się na całym świecie, jednocześnie i nieświadomie. Moje pierwsze nauki dotyczyły miłości. Nawoływały, żebyśmy wspólnie żyli, malowali, pisali poezję. Żebyśmy stworzyli inne relacje. Żebyśmy się nie wstydzili ze sobą rozmawiać, spotykać. Przejęliśmy hasła? "Czyń miłość - nie wojnę" i inne. Wypisaliśmy je sobie na koszulkach. Ale sama idea i jej potrzeba była tylko nasza. Dziś mogę powiedzieć, że Allan Ginsberg wykorzystał ruch, który powstał niezależnie od wszystkiego. I ten ruch eksplodował.

Ale wasza komuna długo nie przetrwała?

Po paru miesiącach ogarnęły mnie wątpliwości, czy będziemy w stanie coś razem zrobić. Pojawiły się też problemy finansowe, w końcu żyłem tylko ze stypendium. Jeszcze wtedy studiowałem, ale studiów nie skończyłem, bo właśnie namalowałem cykl gwiazd Dawida, co spowodowało wyrzucenie mnie z uczelni. Za te gwiazdy Dawida namalowane na moich szatach, które sam sobie szyłem, wielokrotnie byłem aresztowany. W tamtych czasach uchodziły za niebywałą prowokację.

Skąd się wziął twój pseudonim Prorok?

Oczywiście sam się tak nie nazwałem. Któregoś dnia namalowałem obraz z wielorybem, w którego wnętrzu umieściłem własną skuloną postać. A miałem wtedy długie włosy, które farbowałem na biało. Profesor Stefan Świeżawski, przyglądając się na uczelni obrazowi, powiedział, że to prorok Jonasz. I stąd wziął się "Prorok". Od tamtego czasu tak mówili na mnie studenci, a potem hipisi. Pojawił się Antek (Antek Nowicki - "Antoine", w pierwszym ruchu hipisowskim uważany za spadkobiercę "Proroka", zmarł w 2006 roku na raka - przyp. K.S.), mówił, że musi być nas więcej, że trzeba coś robić, i tak powstała kolejna komuna.

W Ożarowie?

Nie, Ożarów był później. Przedtem mieszkaliśmy jeszcze w Podkowie Leśnej u "Krokodyla" (Jacka Malickiego, muzyka, członka legendarnej Grupy w Składzie, malarza i fotografika - przyp. K.S.). Niezbyt długo, może miesiąc, może dwa. A Ożarów to już prawdziwa komuna. Byli ludzie, którzy chodzili do pracy, żebyśmy jako grupa mieli pieniądze. Na kartce każdy z nas każdego dnia pisał jedno zdanie, wspólnie malowaliśmy, były medytacje. Przyjeżdżali do nas Amerykanie. Przywozili różne pisma. Jako studenci byli wysyłani do Polski, ale sądzę - choć może nie mam prawa tak mówić - ich prawdziwym celem była pomoc opozycji. A opozycji nie było, dopiero organizowali się "komandosi". Ja ich zresztą bardzo dobrze znałem? Jacka Kuronia i innych, spotykaliśmy się.

Ze środowiska "komandosów" powstał KOR. Z kim spośród nich rozmawiałeś?

Z Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem, Bogusią Blajfer, Andrzejem Sewerynem. Był też Lityński, Modzelewski. Ale nam nie chodziło o politykę, tylko o zmianę życia. Walczyliśmy z tak zwanymi wartościami mieszczańskimi, proponując w zamian miłość.

Był taki radykalny hipis Wiesiek Nowacki, który zamieszkał w Bieszczadach w komunie, nie płacił podatków itd. Fajnie byłoby się odciąć od wszystkiego, gdyby istniała taka możliwość. Ale co robić, kiedy zaczynają boleć cię zęby i musisz iść do dentysty? Komuniści też chcieli rezygnować z własności, z posiadania.

Komuniści precyzyjnie planowali. A my byliśmy przeciwni doskonałemu funkcjonowaniu. Człowiek nie jest kartezjańską maszyną, wspaniale funkcjonującym zegarem. Dla nas, hipisów, praca była, niestety, przekleństwem. Ja nie lubię rzeźbić. Owszem rzeźbię, bo mam pewną ideę piękna, którą chcę zrealizować. Ale teraz przez dwa miesiące nic nie robiłem i to był dla mnie szalenie piękny czas.

Hipisi organizowali zloty. Brałeś udział w większości z nich?

Pierwszy zlot zorganizowaliśmy w Mielnie nad morzem w 1967 roku. Było tam nas najmniej 120 osób. Potem był zlot w Dusznikach. Pamiętam też Czorsztyn nad Dunajcem. W jednym mieście była estrada, bo chyba organizowano koncert, i ja zacząłem z niej przemawiać. Mówiłem o przyszłości świata według hipisów z tak wielkim przekonaniem, że zaczęli się gromadzić ludzie. W końcu pojawiła się milicja i kazała nam stamtąd iść. Ale nie wiedzieli, z kim mają do czynienia, myśleli, że to jakaś sekta.

Domyślam się, ze nie była to jedyna interwencja milicji - czujnego ramienia partii?

Jeszcze wtedy nie było nic wiadomo o hipisach. Potem dopiero specjalny milicjant od hipisów z Pałacu Mostowskich - Piekarski - powiedział, że pierwszy sekretarz PZPR Gomułka uważa, że jesteśmy największymi jego wrogami i powinniśmy zostać zlikwidowani.

W 1968 roku, gdy zaczęła się "bratnia pomoc" państw socjalistycznych dla Czechosłowacji, byliście akurat na granicy.

Obudził mnie hałas przed świtem. Otwieram drzwi, a nade mną niebo szare od samolotów. I przeszył mnie głęboki strach. Nazrywaliśmy kwiatków i z bukiecikami wyszliśmy do miasta, przez które przejeżdżały opancerzone pojazdy, a my wołaliśmy? "Pokój, pokój!". Obeszliśmy z naszymi hasłami całe Duszniki, ale mieliśmy świadomość, że nic nie możemy zrobić, że na naszych oczach, na oczach ludzi, którzy wierzyli, że zbawią świat miłością, zaczyna się wojna.

Czy ruch hipisowski rozwijał się równolegle? w Warszawie, Krakowie i w innych miastach?

Jeszcze w suterenie na Mokotowie postanowiliśmy zdobyć Kraków. Poznaliśmy tam "Psa" (Ryszarda Terleckiego, dzisiaj szefa IPN w Krakowie - przyp. K.S.). Hipisi kręcili się tam w środowisku uniwersyteckim, być może był już z nimi "Profesor" (Krzysztof Kownacki, aktualnie właściciel biura nieruchomości w Wieliczce - przyp. K.S.). Oprowadzali nas po jakichś tanich barach. A spotkanie organizacyjne zrobiliśmy w jednym z pokoi w akademiku. Doszło wtedy do bardzo ważnej wymiany zdań między mną a Antkiem, po której się podzieliliśmy. "Sułek" stanął za mną z kilkoma jeszcze chłopakami i wyjechaliśmy do Warszawy. Wkrótce Antek z "Balubą" (Markiem Liberskim, podróżnikiem i fotografem przyrody - przyp. K.S.) założyli swoją komunę, ale u nich najważniejsza była wolna miłość, zabawa, a u nas panowała atmosfera bardziej klasztorna. Natomiast "Pies" zawsze był mocno zaangażowany ideologicznie i to, co proponował Antek, nie bardzo mu odpowiadało.

W Krakowie nawiązałeś też znajomość z enfant terrible tego miasta, nieżyjącym już buntownikiem i skandalistą Krzysztofem Niemczykiem oraz jego uczniem i przyjacielem Jackiem Gullą mieszkającym obecnie w Nowym Jorku malarzem i poetą?

Krzysztof Niemczyk (zmarły w 1994 r. performer, pisarz, niespokojny duch Krakowa, inspirował Kantora, w tym roku wychodzi jego słynna powieść "Kurtyzana i pisklęta" oraz książka o nim samym, której patronuje Anna Ptaszkowska - przyp. K.S.) był jakby kimś spoza ruchu, bardzo smutnym chłopakiem. Zrobił z siebie homoseksualistę, mimo że wcale homoseksualistą nie był. Pamiętam, jak mi pokazywał obrazy fallusów. Ale to było bardziej ironiczne, nigdy nie widziałem u niego jakiegoś zaangażowania seksualnego. Chociaż, kto wie. Wzruszał mnie, kiedy siadał do pianina. Wtedy był szalony i genialny. Pokazywał mi obrazy, czytał swoją "Kurtyzanę". Miał wrodzoną kulturę i talenty.

Jak dalej potoczyła się historia ruchu?

Przy mnie pozostało kilka osób. Ale zaczął się pojawiać alkohol, no i się zakochałem. Ona była spoza ruchu, myślałem, że przystąpi do hipisów, ale tak się nie stało. I wszystko skończyło się w komunie na Wita Stwosza na Mokotowie, zimą, na przełomie 1969 i 1970 roku. Były tam dziewczyny z Krakowa, jedna blondynka, druga brunetka, dwie przyjaciółki? Galia i Kora (Galia popełniła samobójstwo, Kora - wokalistka zespołu Maanam - przyp. K.S.).

Czy hipisi byli bliscy chrześcijaństwu?

Poznałem ewangelię dopiero w wieku siedemnastu lat. Do tego czasu uważałem, że Boga nie ma. Całe dzieciństwo spędziłem w szpitalu, czytając Marksa. Kiedy mój ojciec umarł na gruźlicę, miałem cztery lata. Od razu zabrano mnie do sanatorium. Nie dawano mi antybiotyków, bo nie byłem synem partyjniaka, ale czułem dumę, że na imię mam Józef, tak jak Stalin. Naprawdę. Któregośdnia jedna dziewczyna wsunęła mi do plecaka Pismo Święte. Byłem oburzony, ale ewangelię przeczytałem i z miejsca się nawróciłem. To było tak fantastyczne! Jak czytałem manifesty komunistyczne, na każdej stronie była walka klas i nienawiść, a tutaj na każdej stronie miłość.

Kościół mógł być dla hipisów ochroną.

Powinien być, ale jakoś nie był.

Miałeś bliższy kontakt z jakimś duchownym?

Kiedyś ksiądz Andrzej Szpak przyjechał do Paryża z całą grupą hipisów, ale miał takie wypowiedzi na temat Żydów, że przestałem się do niego odzywać i nim interesować.

Wcześniej miałeś jednak jakieś kontakty z księżmi?

Miałem, ale nie jako hipis, tylko jako rzeźbiarz. Realizowałem dla nich zamówienia. A paulini w Częstochowie pozwolili nam na zlot, bo zobaczyli w nas ludzi, których można ewangelizować. Ale to nie była partnerska rozmowa. Zdarzały się wyjątki, księża, którzy inaczej patrzyli na pewne sprawy, np. Rafał Kalinowski. Ale nie było to poparcie oficjalne.

Swoim wyglądem i zachowaniem wzbudzaliście nienawiść władzy. Dla ciebie skończyło się to dwukrotnym więzieniem.

Kiedy zostałem oficjalnie usunięty ze studiów, straciłem prawo pobytu w Warszawie. Pochodziłem spod Bochni i nie mogłem przebywać w stolicy bez meldunku. Normalnie ludzie dostawali za brak meldunku grzywnę, ale mnie skazali na trzy miesiące aresztu. Dostałem wyrok i trzeba było się zgłosić do odsiadki, ale nie miałem na to ochoty. Zamieszkałem na Polu Mokotowskim, na kampingu. Piekarski,mój śledczy, wiedział o tym, ale mówił? "Jest na oku, zostawcie go". Było już zimno, listopad i pomyślałem? "Nie, już nie wyrobię". Zgłosiłem się do więzienia na Służewcu, ale przedtem pierwszy raz obciąłem włosy. Nie chciałem, żeby oni mi obcięli, bo odebraliby mi wolność. A tak ja sam odebrałem sobie wolność. Kiedy wyszedłem po trzech miesiącach, nie wolno mi było mieszkać w Warszawie. Byłem w dobrych kontaktach z pisarzem i dziennikarzem Krzysztofem Kąkolewskim, który dał mi trochę pieniędzy. Pojechałem za nie do Kwidzyna, potem skończyły się pieniądze, więc wróciłem do rodzinnego Gawłówka. Byliśmy tylko z mamą. Raz po raz przychodził milicjant, ale było nam bardzo dobrze. Zajmowałem się odnawianiem figur przydrożnych w Kalwarii. Miałem takie powodzenie, że nagle stałem się bogaty. Pamiętam, że za figurę brałem najpierw dwa tysiące, potem trzy, potem trzy i pół, cztery tysiące. A ponieważ nie lubię trzymać pieniędzy, oddawałem je mamie. I mama, która była najbiedniejszą kobietą we wsi, nagle stała się bogata.

Drugi raz milicja potraktowała cię poważniej i dostałeś poważny wyrok.

Podstawili mi dziewczynę, które oskarżyła mnie o gwałt. A ja już miałem żonę, z którą jestem do dziś. Zostałem aresztowany. Skazano mnie na 2,5 roku więzienia. Na szczęście nie musiałem odsiedzieć całego wyroku. Przyjaciele mi pomogli. Interweniował Klub Inteligencji Katolickiej, podobno Tadeusz Mazowiecki.

Nie wiem, czy wiesz, że kardynał Wyszyński miał słabość do hipisów. Traktował ich jako zagubione owce. Kiedyś również jako student ATK rozmawiałem z nim na ten temat. Ale tobie te wszystkie przeżycia

odebrały ochotę do bycia przywódcą polskich hipisów.

Powiedziałem wtedy, że na dzień dzisiejszy nie możemy zrobić tego, co było naszym marzeniem, że po nas przyjdą ludzie z ogolonymi głowami i będą nas prześladować. Zamknąłem wtedy ten wspólny czas.

Przepraszam, że ci to przypomnę, ale hipisi to nie były tylko aniołki i prorocy, bo był i seks, i narkotyki, i tego też nie możemy przemilczeć, udawać, że tego nie było. Nie wybielajmy siebie tak bardzo.

Ja siebie nie wybielam. Dla mnie to przede wszystkim były dziewczyny, a nie seks. To jest bardzo ważne. Za każdym razem, gdy szedłem z dziewczyną robić miłość, brałem pod uwagę, że mogę mieć z nią dziecko, więc to była miłość pełna. A co do narkotyków, zdecydowanie byłem im przeciwny.

Ale wielu ludzi, z którymi rozmawiam, obwinia ciebie i "Psa" za rozpowszechnienie nie tyle narkotyków, bo ich w PRL wtedy nie było, ale bardzo szkodliwego tri.

O tri usłyszałem od ludzi, którzy przyszli do "Turka" (Marka Garzteckiego, dziennikarza - przyp. K.S.) na słuchanie płyt, pewnie Beatlesów. Jeden z tych ludzi pojawił się później u mnie - mieszkałem wtedy na Broniewskiego - i dał mi butelkę tri do wąchania. Miałem jakieś dzwonienie w głowie i napawało mnie to takim obrzydzeniem, że powiedziałem? "To mnie nie interesuje", i nigdy nikomu nie proponowałem tego środka. A w Internecie ukazał się oszczerczy tekst pewnego dziennikarza z "Trybuny", że ja tego uczyłem. Ten facet popełnił przestępstwo.

Są ludzie, którzy mają stare ubeckie materiały. Rozmawiałem o tym z "Turkiem".

Później ja to sobie skojarzyłem z inną sytuacją, ponieważ po kilku miesiącach zatrzymano mnie na Mostowskich i powiedziano, że ten człowiek, który przyniósł mi tri i chodził do "Turka" na słuchanie muzyki, umarł. Skąd ja mam wiedzieć, czy on rzeczywiście umarł i czy nie był milicjantem? Co do "Psa", wiele się u niego na ten temat mówiło, ale gdy przyjeżdżał do mnie, nigdy nie wąchaliśmy tri. Swoją drogą, zasmuciło mnie to, że się stał taki polityczny, taki aktywny w sensie społecznym. Jako hipis powinien zachowywać większy dystans.

Bardzo mnie interesuje kwestia twojego słynnego manifestu o siedzeniu w jaju. Czy pamiętasz jego treść?

Napisałem trzy teksty o charakterze manifestu? "WW", "ZZ" i jakiś trzeci. Niedawno przeglądając zapiski, trafiłem na zdanie, że przekleństwem i jednym z największych naszych grzechów jest praca. A nie byłaby grzechem, gdybyśmy umieli znaleźć równowagę między nią a czasem nam danym, czasem totalnym. Głos hipisów był głosem bierności. I to był bardzo ważny głos. Być jak w jaju, to znaczy być biernym, ale w pełni miłości. A całkiem niedawno, na spotkaniu w Paryżu, mówiłem? "Problem bezrobocia wynika z tego, że za dużo wyprodukowaliśmy, za dużo pracowaliśmy, nie zachowując równowagi. I dzisiaj należy stworzyć kulturę używania tego, co zostało wyprodukowane. My mamy możliwości utrzymać świat. Mamy możliwości materialnego utrzymania wszystkich ludzi przy życiu w szczęściu i radości. Istnieje bogactwo, które zgromadziliśmy w czasach szaleńczej pracy, gdy hitlerowskie hasło wywieszone na bramie obozu oświęcimskiego, że praca czyni wolnym, stało się obowiązującym w naszej cywilizacji. Nie bójmy się dziś przejść w inny czas. Czas może nie takiej wulgarnej konsumpcji, jaką się lansuje, ale w czas kontemplacji". Tak to widzę.

Bardzo to ciekawe.

Wydaje mi się, że chciałem swoje życie przemienić w pewną realność, dlatego wiara chrześcijańska nie jest dla mnie religią, tylko życiem. Jeżeli ziarno nie zaowocuje, to nie ma sensu. Dzisiaj widzisz hipisów w naszych dzieciach, mimo że gdy zapytasz je, kto to jest hipis, nie będą wiedziały. Ale jeżeli żyją jak hipisi, czego nam więcej potrzeba. Można powiedzieć, że byliśmy i jesteśmy niczym, bo nie reprezentujemy żadnej wartości politycznej, moralnej, ideologicznej czy religijnej. Ale nie jesteśmy niczym. Jesteśmy jak liście. ¦

Kamil Sipowicz
Prorok Jonasz" (Józef Pyrz, ur. 17 II 1946 roku w Gawłówku pod Bochnią) - jedna z najważniejszych postaci polskiego ruchu hipisowskiego na przełomie lat 60. i 70. Kształcił się w Liceum im. Kenara w Zakopanem. Studiował na Akademii Teologii Katolickiej historię filozofii. Wielokrotnie aresztowany przez PRL-owską milicję i więziony pod różnymi fałszywymi zarzutami. W połowie lat 70. wraz z żoną opuścił Polskę. Mieszka w Paryżu. Jest wybitnym rzeźbiarzem sakralnym. Jego rzeźby zdobią katedry i kościoły Francji, Wielkiej Brytanii i Polski

 
 
 
 

 

 
 

KOMUNIKAT ARTYSTYCZNY !!!
NIELEGALNY APOLLO W ZACHĘCIE !


19 maja o godzinie 12.30 nielegalnie dowiesiłem własny obraz w Zachęcie.

APOLLO o wymiarach 30 cm na 30 cm został przeze mnie przemycony pod kurtką . Moja towarzyszka Berenika zagadała czujnego ochroniarza. Wyjąłem młotek, gwóźdź oraz obraz z pod kurtki. Wbiłem gwóźdź i zawiesiłem obraz.

APOLLO wisiał na wystawie Malarstwo Polskie XXI Wieku przez godzinę. Przez godzinę ja także byłem malarzem XXI wieku. Potem niestety zareagowano na zarejestrowaną przez telewizję przemysłową akcję i zdjęto APOLLA !

Uważam, że każdy Polak ma prawo być Malarzem XXI Wieku. Zachęcam do akcji dowieszania swych dzieł, gdzie się da. Nie dajmy się sterroryzowć gustom i upodobaniom, znajomościom i nawykom kuratorów sztuki. Oni są tylko ludźmi. Pamiętajmy także, że sfrustrowany artysta może być niebezpiecznym politykiem (pewien wąsacz na przykład).

Zatem do dzieła. Dowieszajcie.

Kamil Sipowicz

 

 

CZUŁEM PEWIEN NIEDOSYT – AKCJA W ZACHĘCIE
Dowieszanie obrazu Kamila Sipowicza do wystawy Malarstwo Polskie XXI wieku


15 grudnia w warszawskiej Narodowej Galerii Sztuki odbyło się otwarcie wystawy Malarstwo Polskie XXI Wieku (Tylko sztuka cię nie oszuka). Wystawa świetnie przygotowana. Przegląd prac około 60 polskich malarzy. Klasyków ( między innymi: Tarasewicz, Opałko, Tarasin), wielkie gwiazdy nowego polskiego malarstwa ( Sasnal, Maciejowski,) i wielu innych wspaniałych. Gratulacje dla kuratora wystawy Agnieszki Morawińskiej. Jednakże już w trakcie oglądania poczułem pewien niedosyt, czegoś mi było brak ! I wreszcie olśnienie, satori ! Na tej wystawie nie było ani jednego mojego obrazu. Natychmiast pobiegłem na Mazowiecką zakupiłem podobrazie, czarny flamaster i w szalonym akcie twórczym namalowałem Apolla, patrona Sztuki, ojca Muz. Nie jest jednak łatwo znaleźć się w Zachęcie. Co zrobić, żeby się tam dostać. Postanowiłem dowiesić mój obraz. Na szczęście był mały. Ukryłem go w spodniach, pod kurtką. Nabyłem bilet i hajda na Salę Matejkowską. Tam jednak obrazów pilnował ochroniarz. Od czego są jednak piękne kobiety. Towarzysząca mi Berenika zagadała miłego młodzieńca (mam nadzieje, że nie stracił roboty). W tym momencie wyciągnąłem zakupiony na tę okazję na Wolumenie młotek, gwoździe. Wbiłem mój w ścianę gwóźdź. Wyciągnąłem spod kurtki Apolla i zawiesiłem.
Nareszcie mój obraz wisi w Zachęcie. Hurra ! Marzenie każdego polskiego artysty. Jestem polskim malarzem XXI wieku. Nie szkodzi, że tylko dwie godziny !!! Po dwóch godzinach odkryto dywersje.
Całą akcje filmowała Solonia. Załączam filmy.     (patrz powyżej)
Wesołych Świąt
Kamil Sipowicz

 
 
 

W poniedziałek 27 listopada 2006r., o godz. 20.00

czuły barbarzyńca zaprasza na spotkanie z Kamilem Sipowiczem,
autorem najnowszego tomiku wierszy pt. "I znowu pogrzeb we wrześniu", z grafikami Ryszarda Grzyba wydanej przez wydawnictwo Swiat Literacki
.

Wiersze przeczyta Robert Więckiewicz

 

Kamil Sipowicz, rocznik 1953 – poeta i historyk filozofii  (Heidegger degeneracja i nieautentyczność, Aletheia 2005) – zadebiutował w 1983 roku w „Twórczości”. W tym samym roku opublikował w podziemnym wydawnictwie Przedświt tomik Tajemnicze Dzieje Pierwiastków (ilustrowany rysunkami Henryka Wańka). W 2005 roku wydał zbiór wierszy Świder Metafizyczny. Wiersze publikował w „Kartkach”, „Nowej Poezji” oraz „Migotaniach i  Przejaśnieniach”.

Tak na łamach „Gazety Wyborczej” pisze Jarosław Mikołajewski: Ma Sipowicz wspaniałą zdolność formowania myśli, łączenia cielesności człowieka, ziemi i roślin z ich przeznaczeniem. Ma duchową łaskę zdystansowanego patrzenia na zjawiska, które odczuwa w pełni żywiołu. Poezję Sipowicza widać, dzięki czemu widać jego świat oraz to, jak krystalizuje się w jego spojrzeniu.

A Krzysztof Masłoń w „Rzeczpospolitej”: Kamila Sipowicza fascynują antynomie współczesności, cały ten śmietnikowy charakter naszej cywilizacji, w której bańki na mleko czy dezodoranty są tak samo na swoim miejscu jak piramidy egipskie. Ale przynajmniej dla mnie prawdziwą poetycką maestrię ujawnił w tytułowym „Świdrze Metafizycznym”, tworząc otwocki mikrokosmos na miarę tego z Milanówka, jaki od lat stwarza wciąż na nowo każdym swoim wierszem Jarosław Marek Rymkiewicz.

Na ilustrowany rysunkami Ryszarda Grzyba tom I znowu pogrzeb we wrześniu składa się przede wszystkim  mykologiczna epifania krainy Roztocza przedstawiona w poemacie Śmierć Pestki. Tytułowy Pestka to chłopak ze wsi Bliżów, który z powodu notorycznych niepowodzeń miłosnych, które nie dadzą się nawet zrekompensować pięknem roztoczańskiej  krainy, popełnia samobójstwo we własnej stodole

 

Na lampkę wina zaprasza:

 

czytaj: Triadyczność własnością bycia bytu Dasein

 

 
 

Nowa książka autorstwa Kamila Sipowicza, zatytułowana "Heidegger: degeneracja i nieautentyczność" ukaże się w księgarniach pod koniec sierpnia, nakładem wydawnictwa  Aletheia

 
 
 

Aby dowiedzieć się więcej na temat książki, kliknij na powyższym zdjęciu

  
 
 

 

Tomik z wierszami Kamila Sipowicza "Świder metafizyczny" i jego recenzja z magazynu literackiego "Lampa"

  
 
 

Nie śpieszył się Kamil Sipowicz z tą książką. Od jego debiutu poetyckiego - znaczącego, bo w "Twórczości" - minęło aż 23 lata. W tym czasie zajmował się filozofią (czego efektem jest wydana niemal równolegle ze "Świdrem metafizycznym" praca "Heidegger" Degeneracja i nieautentyczność"), malował, rzeźbił (wystawa w Królikarni w 2003 roku), redagował magazyn "Max" (1999 - 2001), wiersze drukując okazjonalnie (dwa tomiki w latach 80., w tym jeden - "tajemnicze dzieje pierwiastków" - w drugim obiegu). Przede wszystkim bowiem prowadził działalność producencką i menadżerską swej życiowej partnerki Kory i zespołu Maanam (Kamiling Co.), niejako przy okazji popularyzując dosłownie kilka swych utworów, w tak udanych jak "Derwisz" i "Wieje piaskiem od strony wojny".

"Świder matafizyczny" dowodzi, jak wielką wartością może być... milczenie. Nie tylko dlatego, że - jak powiada autor w jednym z wierszy, a właściwie w aforyzmie - jest ono tym, co wspólne dla Boga i drzew. Także dlatego, że przez niespieszność Sipowicza, tak długo wstrzymującego się z publikacją wierszy, otrzymaliśmy teraz tom niesłychanie dojrzały, a przy tym różnorodny, bogaty myślowo i ciekawy formalnie. Z mądrym rozczarowaniem światem współczesnym i jego pozorną nowoczesnością (wiersz "Przyjaciele domu"), nieuchronną nostalgią z czasem minionym , choćby ktyło się w nim zło ("świder metafizyczny"), kontrastują utwory wcześniejsze z "Tajemniczych dziejów pierwiastków) i ich wiara w zbawczą siłe natury. Około stu wierszy spina cykl "Nieśmiertelność ciała", coś na kształt faustowskiej modlitwy o przezwyciężenie działania czasu, z porażającą w swej szczerości i prostocie puentą jednego z utworów" "Myślę, że w śmierci / Najgorsza jest strata czasu przyszłego".

Kamila Sipowicza fascynują antynomie współczesności, cały ten śmietnikowy charakter naszej cywilizacji, w której bańki na mleko czy dezodoranty są tak samo na swoim miejscu jak piramidy egipskie. Ale - przynajmniej dla mnie - prawdziwą poetycką maestrię ujawnił w tytułowym "Świdrze matefizycznym", tworząc otwocki mikrokosmos na miarę tego z Milanówka, jaki od lat stwarza wciąż na nowo każdym swoim wierszem Jarosław Marek Rymkiewicz. Wszystko jedno, czy jak podpowiada w posłowiu tomu Andrzej Wajs, metafizykę Świdra będziemy rozumieć jako "odartą ze snu obyczajowość swojskich przyzwyczajeń", czy - przeciwnie - pozbawimy ją ironii, wzbogacając o wszystkie nasze dobre sny i przerażające koszmary, powinniśmy być wdzięczni Kamilowi Sipowiczowi za te strofy. Takie jak ta z "Erotykonu martyrologicznego": "Dawno wymarłe rzeki / Kongo, Wieprz, Świder / One też przemieniały się / W pętlach czasu / Wróciły / I będą wracać / Tak jak my.

Krzysztof Masłoń
Rzeczpospolita

 
 
 

Gazeta Wyborcza, 8 września 2005

SIPOWICZ - POETA CHWILI

"Świder Metafizyczny" - to świetny tytuł tomu. Lecz to nie wiersze o miejscach podwarszawskich - Świdrze, Falenicy, Józefowie, Otwocku - wydały mi się w nim najciekawsze. Lepiej przemawiają do mnie wiersze najbliższe topografii ciała i życiowej chwili.
Kamil Sipowicz zamknął swój tom w siedmiu cyklach, z których dwa - jak informuje w nocie wydawca - pochodzą z tomów wydanych w latach 80. Reszta to wiersze nowe. Informacja ta pozwala czytelnikowi stwierdzić, że dawniej Sipowicz chętniej rzeźbił w wyobraźni, dziś w świecie widzialnym, że 20 lat temu bardziej pociągał go poemat, a teraz liryczny zapisek, olśnienie. Doceniam to dawne pisanie, ciekawi mnie rygor, z jakim autor konstruował z żywiołów znaczące obrazy, ale jego nowsze, cichsze mówienie niekiedy mnie wręcz zachwyca. Jak w kilku "Przełomach", gdzie

"Stare jest lato jak przetrącony/
Chwastem zimna słonecznik"
"Alabaster, beryl, perła, koral/
Zamykają się w srebrnej ostrydze jesieni", a
"Zakrzywiony dziób lata/
I płaska czarna twarz jesieni - /
Przekrzykują się/ Jazgotem szpaków".
Lub w cyklu "Viara", gdzie "lata dziecięce/
Kładą swą magiczną dłoń/
Na mej głowie".

Ma Sipowicz wspaniałą zdolność formowania myśli, łączenia cielesności człowieka, ziemi i roślin z ich przeznaczeniem. Ma duchową łaskę zdystansowanego patrzenia na zjawiska, które odczuwa w pełni żywiołu. Poezję Sipowicza widać, dzięki czemu widać jego świat oraz to, jak krystalizuje się w jego spojrzeniu.

Jarosław Mikołajewski

 
 
 
   
  
 
 

www.kamilsipowicz.pl
projekt i wykonanie: Maciek Wicherkiewicz
© 2004-2008 Wszystkie prawa zastrzeżone